Jesteś tutaj:

27.04.2020

12 karpi w 30 godzin!

W sobotę rano udało mi się wyskoczyć nad wodę na szybką nockę. Miejsce, które wybrałem nie było mi zupełnie obce, gdyż łowiłem tam już przed wprowadzonymi obostrzeniami i pewne wnioski z ostatniego wypadu mogłem na spokojnie wyciągnąć. Po pierwsze postanowiłem zmniejszyć dystans wywózki ze na 180 na 160 metrów. Dlaczego? Głębokość na obydwu dystansach jest taka sama, natomiast te 20 metrów pozwoliło mi ominąć sporo uciążliwych zaczepów, w których za pierwszym razem straciłem kilka ryb. O 6:20 kije były już w wodzie, duża aktywność karpi w moim łowisku napawała optymizmem, nie pozostawało nic innego jak tylko czekać na pierwszy odjazd. 

 

Nie trwało to długo, bo zaledwie 15 minut później lądował w podbieraku pierwszy pełnołuski, a do 8 rano wyholowałem ich trzy. Świetna sprawa! Tą wiosenną zasiadkę można było uznać za udaną już po dwóch godzinach od rozpoczęcia! Po tak optymistycznym początku stwierdziłem, że fajnie by było złowić dziesięć sztuk w 24 godziny i to przez kolejne kilka godzin stało się moim przekleństwem. Trzy kolejne brania skończyłem w zaczepach, które jednak były w miejscu, gdzie ich się zupełnie nie spodziewałem, a dwie następne ryby okazały się być sporymi leszczami. Tuż po 14 zauważyłem kilka spławów karpi w bliskiej odległości od brzegu, nie zastanawiając się długo zarzuciłem wędkę w tamto miejsce. Strzał w dziesiątkę! W ciągu godziny złowiłem następne trzy karpie i niestety straciłem kolejne dwa. „Sześć sztuk już jest!”- pomyślałem i zacząłem działać. Do godziny 19:00 dołowiłem jeszcze jednego leszcza i dwa karpie, a założenie o dziesięciu sztukach stało się dla mnie czymś całkowicie możliwym do zrealizowania. 

 

O 19.30 wróciłem do wywózki i posłałem dwa kije na odległość, którą obławiałem rano i wczesnym popołudniem. Chwilę po 23 usłyszałem kilka pojedynczych piknięć sygnalizatora, a po krótkim holu powitałem kolejnego i jak się później okazało ostatniego leszcza tej zasiadki. Uznałem, że nie będę wywoził w nocy i zarzuciłem wędkę w miejsce, które wcześniej dało mi trzy ryby. Następna pobudka była o 01:15, a jej sprawcą był karp numer 9. Tą wędkę także zarzuciłem na kilkanaście metrów przed trzcinowisko. O 04:20 wszelkie szanse na sen prysły. Tak! Łuskacz numer 10, chwilę później strata w zaczepie, tuż przed 6 rano numer 11 i o 06:30 - 12! W ten sposób zacząłem poranek i jednocześnie zakończyłem wypad. Do godziny 11.30, kiedy to zwinąłem wędki nie było już żadnego brania. 

 

Podczas tej zasiadki łowiłem na kije Long Range 10 ft 3 lb i kołowrotki Black Session 10000, stosowałem żyłkę Invisible line 0.35, haki Curveshank 4. Do nęcenia używałem kruszonych kulek Red Monster wymieszanych z kukurydzą, całość doprawiłem zalewą własnego pomysłu.